Jakiś czas temu w "Głosie Karczewa" ukazał się artykuł (tekst obok) pt. "Otwock nie chce płacić", w którym postawiono naszej gminie zarzut niewywiązania się z porozumienia na budowę wspólnego składowiska odpadów. Autor powyższego tekstu podał jednak istotne dla sprawy fakty nieprecyzyjnie, a część wręcz pominął, w ten sposób wprowadził potencjalnych czytelników w błąd.

Trzymajmy się faktów

Zacznijmy od początku. Ww. porozumienie zawarto w 1987 r. w zupełnie innej rzeczywistości polityczno-gospodarczej, kiedy gmin w dzisiejszym tego słowa znaczeniu nie było. W imieniu Otwocka, Karczewa oraz Józefowa, Wiązowny i Celestynowa porozumienie zawarły Rady Narodowe tych miast reprezentujące terenowe organy administracji państwowej. Zgodnie z nim każda ze stron miała partycypować w kosztach budowy składowiska odpadów na terenie Otwocka w określonej wysokości. W 1988 r. Miasto Karczew przekazało wykonawcy inwestycji (oszacowanej na 200 mld starych złotych) Miastu Otwock kwotę 25 mln zł. Blisko 9 lat później, w roku 1997 Karczew zażądał nagle zwrotu zrewaloryzowanych nakładów poniesionych na budowę wysypiska w wysokości przeszło 304 tys. zł, kierując sprawę do sądu (sąd do dziś nie wyznaczył terminu rozprawy). W tym miejscu należy podkreślić, że suma 25 mln zł stanowiła pierwszą ratę wynikającego z umowy udziału finansowego tej gminy. Karczew wpłacił więc tylko część pieniędzy i czekał... Tymczasem w kolejnych latach cały ciężar budowy wspólnego przecież wysypiska przejął budżet Miasta Otwocka. Z wyliczeń dokonanych w 1993 r. wynika, że na inwestycję wydano ogółem ponad 3,478 mld zł, z czego zaledwie 1 mld pochodził od pozostałych partnerów porozumienia. Brak finansowego wsparcia ze strony Karczewa i innych gmin doprowadził do zaniechania budowy składowiska (naciągana jest więc teza, że to Otwock "zrezygnował" ze swoich wspólników). Konsekwencje tej decyzji dotknęły tylko gminę Otwock, zmuszoną do płacenia wysokiego odszkodowania. W tej sytuacji, gdyby nawet uznać, że Karczew ma prawo do roszczeń, to zgodnie z logiką powinien on także uczestniczyć w stratach, jakie z tego tytułu poniósł Otwock. 

Niemniej z ekspertyz prawnych wynika, że roszczenia Karczewa są w tej chwili przedawnione, a ich charakter - rozliczeń administracyjnych - wyklucza rozpatrywanie w trybie sądowym. Ponadto w umowie z 1987 r. nie ma zapisu obligującego wykonawcę, czyli ówczesnego Naczelnika Miasta Otwocka do rozliczenia nakładów poniesionych przez poszczególnych współinwestorów. Miasto Otwock może to zrobić w ramach tzw. uznania administracyjnego, ale nie musi.

Wystąpienie po latach z tego rodzaju żądaniem (bez podania podstawy prawnej) można traktować raczej jako swego rodzaju "kartę przetargową" w bieżących kontaktach z Miastem Otwock. Chociażby w przypadku oczyszczalni ścieków. Gmina Karczew jest zobowiązana umową z 1993 r. (przy okazji oczyszczalnia nie jest spółką gmin) do pokrywania kosztów jej funkcjonowania i modernizacji w zamian za odprowadzanie tutaj swoich ścieków. Ale od kilku lat nie przekazała na ten cel ani złotówki. Redaktora "Głosu Karczewa" to jednak nie dziwi - skoro dochody trafiają tylko do kasy otwockiej, to dlaczego Karczew ma płacić, pyta. Pomijając samą umowę, którą Karczew ewidentnie łamie, należy wyjaśnić, że ewentualna nadwyżka budżetowa (a nie dochód) wypracowana przez OZWiK jest w całości przeznaczana na modernizację oczyszczalni, co oznacza, że pośrednio korzysta z tych środków również nasz sąsiad. 

Karczew bazuje na zapisie umowy, który wprowadza 10-letni okres wypowiedzenia, innymi słowy czuje się "zwolniony" z odpłatności za korzystanie z oczyszczalni przynajmniej przez ten czas. Trzeba jednak pamiętać, że w 2001 r. mija już pięć lat od podjęcia przez Radę Miasta Otwocka stanowiska w sprawie wypowiedzenia ww. umowy. Zdaniem prawników (choć Karczew inaczej interpretuje zapisy prawne) od tego też momentu biegnie też okres wypowiedzenia. Karczew wcześniej niż mógł się tego spodziewać stanie więc przed groźbą odcięcia od oczyszczalni w Otwocku, bez bliżej sprecyzowanych planów co do dalszej gospodarki ściekowej na swoim terenie (dotychczas nie wyłoniono nawet firmy, która miałaby budować "nowoczesną, małą oczyszczalnię" w Karczewie). Większego problemu nie stanowią też obiekty oczyszczalni znajdujące się w granicach gminy Karczew, które z punktu widzenia jej funkcjonowania nie są strategiczne. Otwock w każdej chwili po zerwaniu umowy może je po prostu oddać.

Andrzej Kulmatycki

 

Otwock nie chce płacić

Sprawa jest już dość stara. Kiedy wiele lat temu planowano budowę wysypiska rejonowego w Otwocku, postanowiono jego koszty rozłożyć na wszystkie gminy, które z tego wysypiska miały korzystać. Karczew należne pieniądze wpłacił i czekał. Plany się jednak zmieniły. Otwock zrezygnował z takich wspólników jak Karczew, Józefów, Celestynów czy Wiązowna. Po wielu perturbacjach, które kosztowały budżet miejski Otwocka ładny kawałek grosza, powstała spółka z Francuzami. Wprawdzie spółka gmin nie powstała, to jednak Otwock Karczewowi pieniędzy nie zwrócił. Sprawa trafiła do sądu i tam okaże się, ile tak naprawdę Otwock jest winny. Tymczasem władze Otwocka domagają się, by Karczew pokrywał koszty modernizacji wspólnej oczyszczalni ścieków. Tutaj także sprawa nie jest czysta. Wprawdzie w spółce są oba miasta, ale dochody trafiają tylko do kasy otwockiej. W tej sytuacji trudno się dziwić władzom Karczewa, że nie chcą płacić. Otwock jednak nie daje za wygraną i straszy, że zerwie z Karczewem umowę. Moim zdaniem niech zrywają. Okres wymówienia trwa zgodnie z umową dziesięć lat. Przez ten czas będzie można podpisać umowę z jedną z firm, które chętnie wybudują na terenie Karczewa nowoczesną, małą oczyszczalnię, w zamian za prawo eksploatowania jej przez okres przykładowo dziesięciu lat. W tym momencie warto także dodać, że wówczas oczyszczalnia otwocka byłaby w dość trudnej sytuacji, ponieważ część jej obiektów znajduje się na terenie gminy Karczew i po zerwaniu umowy trzeba bądź płacić odpowiednio wysoką dzierżawę za zajmowany teren, bądź przenosić się na stronę otwocką. (kk)

przedruk z "Głosu Karczewa" 
lipiec /sierpień 2000